7 dni w Tybecie

Adam Sanocki

Współczesny Tybet to widok smutny dla wszystkich tych, którzy zaczytywali się w książkach podróżniczych opisujących ten kraj i jego zwyczaje przed 1950 r. Ta bogata kultura ginie  na naszych oczach bezpowrotnie.

Gdy w 1959 roku Mao przeglądał raport informujący o przywróceniu porządku po powstaniu  marcowym w stolicy Tybetu  Lhasie miał zapytać: Co z Dalajlamą? Gdy powiedziano mu, że uciekł odpowiedział: W takim razie przegraliśmy tę bitwę. Gdy w 41 lat po tym wydarzeniu odwiedziłem Lhasę zauważyłem, że dzisiaj Dalajlama przegrywa wojnę.

Mnisi do domu!

Chinesse goverment not good  mówił mi Lhakpa, mnich dbający o to, aby maślane lampki nieustannie paliły się na głównym ołtarzu świątyni Dżokhang w Lhasie. Zdziwiło mnie, że po paru minutach znajomości tybetański mnich ze świątyni, w której tydzień wcześniej rozpoczęła się kolejna fala represji rządu chińskiego w Tybecie wypowiada tak odważne kwestie. Zaraz potem, Lhakpa poprosił o zdjęcie Dalajlamy. Nie miałem ich przy sobie, więc umówiliśmy się na następne popołudnie. Nie poszedłem, gdyż przypomniałem sobie rozmowę z mnichem rezydującym w Potali  pałacu Dalajlamów. Ostrzegał on przed chińską policją, która w ważnych ośrodkach kultu przebiera się także za mnichów. W pamięci miałem również rozmowę z Polką opowiadającą o deportacji zachodnich turystów  właśnie za rozdawanie zdjęć Jego Świątobliwości. Jednak po paru dniach poszedłem odszukać Lhakpę.

Dżokhang to świątynia uważana za najważniejszy ośrodek kultu buddyzmu tybetańskiego. Została zbudowana w VII wieku, a obecnie jest to jedno z nielicznych miejsc w Lhasie gdzie nie czuć chińskiej dominacji. Oczywiście nie zawsze tak było, przez 16 lat Chińczycy prowadzili tu kino, a następnie restaurację. Obecnie tak jak przed laty tłoczą się tu Tybetańczycy obchodząc świątynie i wykonując pokłony przed Dżołorinpocze jej głównym posągiem, który jak głosi legenda powstał jeszcze za życia Buddy. To, że Chińczycy go nie zniszczyli zawdzięcza tylko temu, że do Tybetu przywiozła go chińska księżniczka WenCzeng, a jej małżeństwo z tybetańskim królem komuniści wykorzystują jako koronny argument koneksji Chin z Tybetem.

Z odszukaniem Lhakpy nie miałem trudności. Niewielka grupa mnichów przebywająca w świątyni zna się doskonale. Z zazdrością obserwowałem jego mnisią celę, która miała się nijak w porównaniu z naszym hotelowym pokojem za 3,5 dolara. Na półce obok buddyjskich tekstów książka do nauki języka angielskiego. Obok dialektyki, czyli sztuki dyskutowania staje się on fundamentem edukacji klasztornej. Na ścianie wizerunki bóstw, buddyjskie tanki i duży portret X Panczenlamy. W przeciwieństwie do Dalajlamy jego wizerunki są w Tybecie dozwolone.

Całe życie Panczenlamy było związane z historią Kuomintangu, a potem Komunistycznej Partii Chin. Ta ostania widziała w nim pożądanego konkurenta Dalajlamy. Pomimo iż przez ostatnie lata swojego życia wygłaszał bardzo krytyczne uwagi pod adresem ChRL po śmierci został okrzyknięty wielkim patriotą.

Podczas niedawnej, kolejnej fali represji, jak nam opowiadał Lhakpa pięciu mnichów wyrzucono ze świątyni. Byli to synowie osób zajmujących prominentne stanowiska w miasteczkach, zakładach pracy... W ten sposób  zdaniem mnicha  partia chciała pokazać, że wysyłanie synów do klasztoru nie jest przez nią dobrze widziane. Chińska policja przeszukiwała  mnisie cele zabierając ukryte zdjęcia Jego Świątobliwości. Lhakpa również stracił wszystkie...prócz jednego. Z nieukrywana dumą pokazał nam oprawiony w ramce portret Panczenlamy.

Pod tym zdjęciem ukryłem najcenniejszy portret Dalajlamy. Nie mogli go znaleźć  śmiał się.

Ostateczne rozwiązanie

W małej knajpce w starej dzielnicy Lhasy spotykamy Peme  nauczyciela angielskiego. Twierdzi, że jesteśmy w niej pierwszymi turystami. Zajadamy znane już nam z wcześniejszej podróży do Dharamsali  siedziby Dalajlamy i Rządu Tybetańskiego na wychodźstwie  momo, nadziewane warzywami pierożki. Pema chętnie z nami rozmawia, ale tematów politycznych dyplomatycznie unika. Rozumiemy jego obawy. Po roku załatwiania żmudnych biurokratycznych formalności udało mu się uzyskać paszport i zgodę na wyjazd do Włoch. Zapewne boi się, aby w ostatniej chwili władze chińskie mu go nie cofnęły. Twierdzi, że zamierza wrócić, ale podobno nie jest to proste.

Rząd chiński od lat prowadzi w Tybecie politykę wynaradawiania. Jednym z jej elementów są przesiedlenia, które nazywane są ostatecznym rozwiązaniem. Dzieje się to zresztą częściowo za pieniądze Banku Światowego. Głośne były rok temu protesty Tybetańczyków, organizacji praw człowieka i USA w wyniku których zostały wstrzymane przeznaczone na ten cel 40 mln dolarów.

W tym roku po kolejnej fali represji mówiono w Lhasie, że była to zemsta za tegoroczne cofnięcie kredytu. Pema opowiadał o swoich znajomych, którzy opuścili Lhasę, ale niedawno chcieli do niej wrócić. Niestety strona chińska im na to nie pozwoliła. W dniu dzisiejszym Tybetańczycy stanowią zdecydowaną mniejszość w ich własnym kraju.

Proces sinizacji Tybetu jest ogromny i szczególnie widoczny w Lhasie. Poza górującą nad miastem Potalą  pałacem Dalajlamów współczesna stolica Dachu Świata nie wyróżnia się zbytnio od innych chińskich miast. Pełno tu nowoczesnych domów towarowych, szerokich ulic i ... domów publicznych. Na licznych targowiskach można zauważyć ogromne ilości chińskich towarów. Gdy dziennikarz Newsweeka Tony Clifton pokazał Dalajlamie zdjęcia Lhasy zrobione rok temu z dachu Potali, ten rozpoznał na nich tylko jeden budynek.

Dzisiaj przed Potalą rozciąga się plac z fontanną i masztem na którym spokojnie powiewa chińska flaga. Choć w Pekinie Tiananmen jest oblegany przez Chińczyków, którzy puszczają tam latawce, tak ten w Lhasie świeci  pustkami. Pełne natomiast są wybudowane wokół placu nocne kluby i centra rozrywki. Do późnych godzin nocnych mieszkańcy Lhasy mogą w nich spożywać, tani jak nigdzie indziej w Chinach alkohol, czy też przy dźwiękach współczesnego chińskiego popu pojeździć w specjalnie do tego przeznaczonych salach na wrotkach. Podobnie jak w Polsce największy tłok kluby przeżywają w soboty. Bawią się wszyscy  ale tylko pozornie. Pary bowiem są chińskie lub tybetańskie.

Magiczne formułki Tybetańczyków zastępowane są takimi słowami jak: postęp, materializm i ateizm. Każdy przypadek odejścia mnicha z klasztoru skrzętnie wykorzystywany jest przez propagandę chińską. Pewien mnich wspominał, że głośny był niegdyś przypadek duchownego z klasztoru Taszilhunpo  siedziby Panczenlamy. Wystąpił on bowiem z klasztoru i zajął się handlem

Dalajlama, polityk nieskuteczny?

W Potali rozmawialiśmy z jednym z 65 mnichów, którzy tam pozostali. Przed 1959r. było ich tam 1000, ale z roku na rok jest ich coraz mniej. Opowiadał iż dużym kłopotem dla Tybetańczyków w Lhasie są nie tylko Chińczycy ale i napływowi muzułmanie. Zarówno jedni i drudzy wykupują miasto. Pomijając sferę polityczną  wszystkie znaczące stanowiska w mieście zajmują oczywiście Chińczycy, gospodarczo Tybetańczycy również nie mają za wiele do powiedzenia. Bardzo to boli szczególnie Khampów  niegdyś dumnych koczowników przez lata prowadzących wojnę partyzancką z Chińską Armią Narodowo Wyzwoleńczą.
Z gospodarzy miasta stali się w nim jedynie robotnikami, których żywicielami są często znienawidzeni Chińczycy.

Nieliczne sklepy, hotele i restauracje należące do Tybetańczyków są jednak zawsze pełne turystów. Wielu z nich dokonując wyboru zadaje bardzo tam polityczne pytanie  kto jest właścicielem, Chińczyk, czy Tybetańczyk? Nasz przyjaciel z Potali opowiadał że ciężko jego rodakom znaleźć się w takiej roli. Jego duchowy przewodnik naucza, aby nie wywoływać konfliktu z Chińczykami, ale uczyć się ich języka i żyć w harmonii. Jest to zgodne z tym, co naucza Dalajlama. Ale nie wszyscy Tybetańczycy zgadzają się z Dalajlamą. Musi on liczyć się z wewnętrzną opozycją.

Coraz częściej zaczyna być postrzegany jako polityk nieskuteczny, który gotowy jest do zbytnich ustępstw na rzecz Chin. Tybetański Kongres Młodzieży odrzucając pokojową Drogę Środka opowiada się za pełną niepodległością Tybetu nawet za cenę przelania krwi. Jego członkowie uważają, że nie jest to sprzeczne z ich religią, bowiem w buddyzmie liczą się motywy działania i poświęcenie dla innych. Każdy ma prawo  ich zdaniem  użyć wszelkich środków w obronie swych praw. Kongres liczący 10 tys. członków zasłynął zorganizowaniem w Delhi w 1988 roku strajku głodowego zakończonego samo spaleniem jednego z uczestników.

W Anglii oficjalnym oponentem Dalajlamy jest nazywana przez brytyjską prasę najszybciej rosnąca i najlepiej mająca się sekta w Anglii Shugden Supporters Community (SSC). Jej członkowie zarzucają Dalajlamie, iż próbując tłumić kult i praktyki na rzecz buddyjskiego bóstwa  strażnika Szugdena kierował się względami politycznymi w wyniku których musiało cierpieć cztery miliony praktykujących.

Wysoki rangą Rinpocze twierdzi, że ruch oporu przeciw Dalajlamie stał się tak masowy, że jedynie około jednej trzeciej mnichów szkoły Gelukpa (rodzimej szkoły buddyjskiej Dalajlamy wokół której toczy się spór) stoi po jego stronie. Oczywiście najbardziej zadowolona ze sporu jest strona chińska. Choć sami temu zaprzeczają oponentów Dalajlamy otaczają troskliwą opieką. Po rewolucji kulturalnej np. klasztor gdzie czczono Szugdena jako jeden z niewielu został odrestaurowany w Tybecie. Co bardziej ortodoksyjni wyznawcy Szugdena zmieniają obywatelstwo na indyjskie, bądź współpracują z wywiadem chińskim. Na początku 1997 roku w Dharamsali, siedzibie Dalajlamy i tybetańskiego Rządu na uchodźstwie zasztyletowano bliskiego współpracownika Dalajlamy, oraz dwóch jego uczniów. Główny podejrzany nie ukrywał, ze jest wyznawcą Szugdena.

 

Powyższy tekst stanowi fragment artykułu Był sobie Tybet opublikowanego w TYGODNIKU POWSZECHNYM nr 7 z 18 lutego 2001 r.

Layout Copyright © 2006 Finnish Teleservice Center Ltd Oy - Site Powered by Midgard CMS