Czodowe granie

Piotr Wasyl

Tegoroczne odosobnienie zapowiadało się niezwykle. Poprzedzone zostało wykładem w sali Laboratorium Zamku Ujazdowskiego, na którym udało się zgromadzić całkiem sporą grupę słuchaczy. Sala pękała w szwach i mam wrażenie, że udało się rozszerzyć kamienny krąg odwiecznych odbiorców tego rodzaju imprez. Innymi słowy pośród twarzy zauważyłem takie, które rozglądały się bezradnie oraz takie, które w swoim ograniczeniu nigdy bym nie posądził
o duchowe inklinacje. W każdym bądź razie wszyscy mamy jednakowe prawo do poszukiwania i miło było widzieć taką frekwencję w dobie podróży międzyplanetarnych zwanej dosadniej kali jugą (tzw. ciemnymi czasami). Jednak gwoździem tegorocznej wizyty Tenzina Wangyala Rinpocze była bez wątpienia praktyka czod. Kolorytu dodało zaćmienie słońca w drugim dniu odosobnienia.

Retreat rozpoczął się 11 sierpnia w Ośrodku Wczasów Rodzinnych Świder w Świdrze k. Otwocka. Miejsce to znane z wcześniejszych spotkań z Czime Rigdzinem Rinpocze okazało się pomysłem szczęśliwym i wygodnym. Niskie ceny odosobnienia (min. koszt 120 zł) i dogodność komunikacyjna z Warszawą na pewno przyczyniły się do niespotykanej frekwencji (ponad 160 osób). Odosobnienie wymagało od uczestników pewnych zdolności wrodzonych, lecz wszyscy zdali egzamin z grania i śpiewania wzorowo. Rinpocze był mile zaskoczony muzykalnością Polaków, którzy... o Alleluja! przewyższają pod tym względem nawet samych Tybetańczyków. Czod znamy z przekazu Szardza Taszi Gjaltsena Rinpocze , który osiągnął świetliste ciało w 1938 r. Jednak historia sięga znacznie dalej. Dowodzi tego część praktyki napisana w narzeczu siang siung  języku królestwa, które upadło około VII w. n.e. O jeszcze starszej warstwie  szamańskiej może świadczyć stylistyka  i instrumentarium praktyki. Adept doświadcza w niej tzw. rytuału przejścia śpiewając i grając rytmicznie na bębenku i dzwonku. Wizualizując przeżywa własną śmierć wyobrażając sobie, że jego ciało zostaje poćwiartowane przez dakinię Kalsang Ma i rzucone na pożarcie demonom. Do gry używa się płaskiego dzwonka szang
i damaru  bębna, który jak głosi tradycja był robiony z ludzkich czerepów  szesnastoletniego chłopca i dziewczyny . Symbolizują one ogólną zasadę buddyzmu a reprezentują to co męskie czyli metodę i to co żeńskie czyli mądrość.

Tybetańskie słowo czod oznacza odcinanie. Sens owej praktyki zależy oczywiście od tego co mamy zamiar odcinać. Pozostanie wyłącznie na poziomie krwawej ekscytacji mnie osobiście nie satysfakcjonuje. Proponuję patrzeć na rzeczy z punktu widzenia dobrej intencji i zrozumienia. W  przeciwnym razie wyobraźmy sobie niebezpieczeństwo nieporozumienia jakie niesie ze sobą wyrwana z kontekstu definicja, że chrześcijanie to, ludzie którzy spożywają ciało i krew Chrystusa. W czodzie jednak to nie my zjadamy, ale nas jedzą. To uproszczenie pozwala łatwiej dostrzec podstawowy cel i motyw praktyki jakim jest rozwijanie współczucia.

Cóż więcej można ofiarować drugiemu ponad życie, własne ciało?

Odbywa się to na poziomie psychicznym i symbolicznym, co nie oznacza nie istniejącym. Odcinając kończyny i ćwiartując ciało robimy zamach na własne ego. Czy jest nam coś bliższego niż  ciało, życie, myśli czy idee? Wszystko to ofiarowujemy jednym gestem. Ograniczenie kurczowego przywiązania do tego co moje oznacza więcej przestrzeni dla innych, dla bodhiczitty. Współczucie owo obejmuje wszystkich bez wyjątku: ludzi i demony, którzy  pełni ignorancji i lgnięcia do dualizmu ranią innych nie dostrzegając swoich iluzji. Drugą płaszczyzną na której działa czod jest poziom terapeutyczny.

Praktyka jest sposobem bezpośredniej konfrontacji z własnymi lękami, śmiercią, tym co nieuniknione, bólem, stratą. Jeszcze inny aspekt czodu wynika z tła filozoficznego i kosmologii buddyjskiej. Ofiarę składamy czterem  rodzajom gości : Buddom, bodhisatwom, strażnikom oświeconym i światowym; istotom ośmiu klas (m.in. duchom ziemi  sadag, drzew  njen, skał  tse, wody  nagom, różnym kategoriom duchów przestrzeni  namtsel) oraz istotom sześciu światów (piekieł, głodnych duchów, zwierząt, ludzi, półbogów i bogów). Ofiarowując pierwszej grupie nektar otrzymujemy dwa nagromadzenia zasługi i mądrości. Od strażników otrzymujemy ochronę. Ofiara z ciała i krwi zadowala dwie pozostałe grupy.  Zaspokajamy osiem klas istot a rachunek karmicznych długów z istotami sześciu światów jest wyrównany. Z punktu widzenia tzw. ateisty (którego istnienia nota bene dotąd nie udowodniono empirycznie) tego rodzaju politeizmy wydają się śmieszne, choć pewnie nie bardziej niż wiara w archanioły, anioły stróże i Borutę. Dla ludzi o innej wrażliwości zawsze pozostaje wewnętrzna interpretacja demona symbolizującego przykładowo ignorancję czy chciwość lub subtelniej skłonność do roztrząsania i komplikowania. Na pewno to czego unikamy
i obawiamy się, jest naszym osobistym  demonem. Stając z nim  twarzą w twarz  rozpoczynamy czod. Patrząc na menu  buddysty, czod jest szczególną praktyką,  jest  częścią Nyndro Njam Dziu i jednocześnie zawiera podstawowe elementy nauk wstępnych: schronienie i bodhiczittę. Można o nim powiedzieć nyndro w pigułce. Pigułka to odlotowa a stylistyka niewątpliwie  dorównuje klasykom kina światowego jak np.  Teksańska masakra piłą tarczową. Jednak nie polegał bym zbytnio na wyrozumiałości rodaków. Mogło by okazać się, że praktykowanie w miejscach pozornie idealnych jak okolice nocnych klubów czy Praga warszawska może zakończyć się trwałym okaleczeniem od kija beaseballowego. Demon zaś przedstawiał by się mało subtelnie. Życząc wznioślejszych doznań na bezpośredniej ścieżce czodu ufam, że będzie ona dla nas źródłem wiedzy i prawdziwym lekarstwem .

Layout Copyright © 2006 Finnish Teleservice Center Ltd Oy - Site Powered by Midgard CMS